I mean...

The more risk you take, the more successful you are likely to be...

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!

Ty

Mimo że praktycznie nic się nie zaczęło, tak bardzo boli mnie ten koniec...
Cholernie tego chcę, ale nie potrafię o Tobie zapomnieć. Zaczynam czuć do Ciebie obrzydzenie, bo zamieniam się w tą żałosną część Ciebie, która zawsze budziła we mnie współczucie.
Mimo wszystko chcę byś spróbował wszystko naprawić, tak jak wtedy mówiłeś... Znów rzuciłeś słowa na wiatr?
Potrzebuję Cię, daj mi się łudzić. Tęsknię...


Tagi: Ty
15.05.2012 o godz. 20:28
Coraz częściej zastanawiam się, czym tak naprawdę jest dorosłość? Wyjątkowo nie dlatego, bo zawiedli mnie rodzice... Po prostu Zdaję sobie sprawę, że coraz większymi krokami zbliżam się do wieku pełnoletniego. Co to tak właściwie jest, ta cała pełnoletniość? Będę mogła legalnie kupować fajki i alkohol, "odwiedzać" RedTuba, zrobić prawo jazdy, głosować, mieszkać sama, podpisywać umowy najmu mieszkania... Według prawa obowiązującego naszą kochaną Polskę... W porządku. Ale jaki to ma związek z dojrzałością i moją gotowością wejścia w DOROSŁE ŻYCIE!? Może i od najmłodszych lat oczekiwano ode mnie dojrzałych wyborów, ale co z tego, skoro cała drżę na samą myśl pełnej odpowiedzialności za swoje życie?! I jaki jest związek dojrzałości z dorosłością? Dorosły powinien być dojrzały = odpowiedzialny, ale wszyscy wiemy jak z tym często jest, nie trzeba tego rozwijać. Zastanawiam się, kiedy ja tak urosłam? Sama nie wierzę, że nie mam już 13 lat. Moi znajomi obchodzą 18-nastki, robią prawo jazdy, imprezują... Każdy ma coraz to bardziej niezależne poglądy na świat i filozofię życia, coraz rzadziej słyszy się "muszę zapytać mamę". Może to śmieszne, ale zaczynam za tym tęsknić- AUTENTYCZNIE. Do osiemnastki mam jeszcze półtora roku i zamierzam się maksymalnie cieszyć tym czasem, ale powiedzmy sobie szczerze ile to tak naprawdę jest? W porównaniu do przeżytych 16 lat i dwóch miesięcy to już nic. Ja pierdolę, jestem przerażona. Za dwa lata matura, potem studia... I trzeba będzie zacząć przymierzać się do PRAWDZIWEGO DOROSŁEGO ŻYCIA. To już nie wmawianie sobie, że jestem dorosła, bo w jednej ręce trzymam fajkę, a w drugiej tanie wino i razem ze znajomymi siedzę nad jeziorem, oczywiście w krzakach, żeby policja nas przypadkiem nie spisała. Trzeba będzie znaleźć sobie pracę, nauczyć się wypełniać pity, zacząć się martwić tym, że się ma pustą lodówkę... Z jednej strony nie chcę się cofnąć w czasie, ale z drugiej, drżę na samą myśl tych zmian. Bo to się zbliża... Nie czuję się gotowa, nie chcę być za siebie odpowiedzialna. No chyba, że podchodzę do tego jak do przyszłości oddalonej od rzeczywistości o miliardy lat świetlnych, studia? "bitch pleas". Ale potem zaczynam liczyć... chwila... Dwa lata? "I don't want to live on this planet anymore"... Mam nadzieję, że to wyjdzie tak samo jak z 4 klasą podstawówki, gimnazjum i liceum... Czyli tak naprawdę niewiele się zmieni...
Amen.

19.02.2012 o godz. 14:39
Byłam dziś wieczorem na najnowszym filmie Koterskiego, a mianowicie "Baby są jakieś inne". Uwielbiam takie "przegadane" filmy, ale ten mnie niestety nieco, a nawet bardzo zawiódł. Być może nie zrozumiałam TEGO głębszego sensu, ale jak miałam tego dokonać skoro go nawet nie dostrzegłam? Przez bite dwie godziny zastanawiałam się, kiedy w końcu będzie TEN skłaniający do refleksji MOMENT, ale niestety on nie nastał.
Teksty?- zabawne, niektóre nawet bardzo, ale to taki płytki żart. Oglądając "Lejdis", "Testosteron" czy inne tego typu filmy; śmiejesz się przez cały czas i jeszcze dochodzisz do wniosku 'rany one mają rację!'. Co do "Bab" nie było tego. Zapewne można z tego wyciągnąć parę dobrych kawałków, ale to- przynajmniej mi- nie wystarczy by nazwać całość filmem KULTOWYM, o "dobrym" już nie mówiąc. Liczyłam, że do mi materiał do przemyśleń, posumowania i przemyślenia własnego postępowania, a tym czasem wszystko to co mówią dwaj główni, bezimienni bohaterowie jest przekoloryzowaną, marną paplaniną, nie wnoszącą niczego konkretnego w życie. Nie mówię tego dlatego, bo film pojechał po moim EGO, wręcz przeciwnie, nawet na to liczyłam, ale to po prostu był spektakl absurdów.
Co było ciekawym zabiegiem? Sam język, którego używali dwaj główni- i jedyni- bohaterowie. To wgl nie było po polsku, a bynajmniej nie według zasad polskiej gramatyki. Nie jestem mistrzem w tych sprawach, ale tyle akurat byłam w stanie zauważyć; składnia, odmiana rzeczowników, czasowników, przymiotników... Sposób ich mówienia sugerował, że zakończyli swoją edukację na poziomie podstawówki. Mimo wszystko ten właśnie fragment przypadł mi do gustu, pewnie dlatego, że z takim zabiegiem- a przynajmniej w tak kosmicznej ilości- spotkałam się po raz pierwszy.
Gra aktorska? Lubię Więckiewicza, ma coś w sobie, że chce się go oglądać, ale z przykrością stwierdzam, że wszędzie gra tak samo. Tu również mnie nie zaskoczył, ale gdybym go nie znała z wcześniejszych filmów, zapewne- tym jednym punktem- byłabym usatysfakcjonowana. Co do Woronowicza, on też wszędzie jest taki sam. Różnica między nim i Więckiewiczem polega na tym, że ten pierwszy jest za każdym razem bardzo naturalny, natomiast Woronowicz... Miałam wrażenie, że czyta swój tekst z kartki, troszkę tak jakby recytował wierszyk, bajeczkę, albo jeszcze coś innego... Momentami przypominał mi Urbańską w "Bitwie warszawskiej"; ten sam monotonny głos i brak jakiegokolwiek wczucia w swoją postać... Z czasem się przyzwyczaiłam, ale na początku raziło mnie to "przestraszetnie".
Podsumowując... dla mnie film "Baby są jakieś inne" był... kolejną, nudną, polską produkcją i totalnym zmarnowaniem czasu i pieniędzy. Miał być przejmujący, zabawny i pouczający... a tym czasem nawet nie zahaczył o żaden z tych punktów i nawet nie skłonił mnie do jakichkolwiek refleksji, chyba, że tych skupiających się wyłącznie na walorach artystycznych i będących- niestety- głównie krytyką. Nie mniej jednak za jakiś czas zamierzam obejrzeć to raz jeszcze, może coś przegapiłam, może to drugie dno, jest ukryte znacznie głębiej niż tam gdzie go szukałam. Poczekam na recenzje i porównam je ze swoim zdaniem, ciekawe czy się pokryją :) Na chwilę obecną... nie polecam.



Hamma
15.10.2011 o godz. 21:37
No popatrzcie tylko jak śmiesznie się złożyło, zebrało mi się na pisanie dokładnie dwa miesiące od mojej ostatniej notki. Swoją drogą... tyle czasu bez Was... jak do tego doszło?
Tyle się pozmieniało... To znaczy, wydaje mi się, że ja się bardzo zmieniłam. Z pewnością... inaczej patrzę, na niektóre rzeczy, z większym dystansem.
Nie wiem co napisać, mam tyle do nadrobienia...

Jestem już w liceum- pierwsza klasa. Może testy nie poszły mi znakomicie, ale osiągnęłam swój cel, dostałam się w pierwszym naborze i chyba mogę powiedzieć, że jestem z siebie zadowolona. Mało tego szkoła okazała się absolutnym strzałem w dziesiątkę. Po raz pierwszy od trzech lat mam wrażenie, że coś znaczę w szkole, że to faktycznie ja ją buduję, że jestem jej bardzo ważną częścią. Nie chodzi o to, że mam najlepsze oceny w klasie, że jestem pupilką nauczycieli, nic z tych rzeczy. Co prawda wrogów sobie jeszcze nie narobiłam, ale nawet nie ma ku temu potrzeby, nie ma w tej szkole osoby, której chciałabym utrzeć nos, ot co! Bo tym ludziom na nas zależy, nie tylko na naszych wynikach w nauce i punktach na maturze... Wiem, że jestem tam dopiero półtora miesiąca, ale wydaje mi się, że nie są fałszywi w swoim zachowaniu, wyczułabym to... tak przynajmniej czuję. Nie da się ukryć, że wymagania są duże, a poprzeczkę postawiono wysoko, ale to nawet lepiej. Wiem, że dobrze zrobiłam wyłamując się z mojego dwujęzycznego gimnazjum; nie idąc do przyłączonego do niego liceum. To był dobry ruch, nie dość, że niemiecki jest na podobnym poziomie, a przedmioty humanistyczne prowadzone są ze zdecydowanie większym zaangażowaniem ze strony nauczycieli to jeszcze mam mnóstwo możliwości rozwoju swoich literackich zapędów, czyli coś czego nie mogłabym oczekiwać w tamtej szkole. Odzyskałam wiarę w swoją siłę i wystarczył na to jeden miesiąc! Jeden miesiąc!!! Poznałam dwie fantastyczne dziewczyny! Rany, mam takie szczęście. Początkowo bałam się, że trafię na jakieś pustaki, a tym czasem, broń cię! Mam nadzieję, że nie zmienię o nich zdania. W tym momencie mam wrażenie, że znam je całe życie i wszystko mogę im powiedzieć. Oczywiście nie jestem zbyt wylewna, ostrożności nigdy za wiele, ale mimo wszystko wiem, że one prawdę powiedzą... Tak czuję.
Co do moich koleżanek z gimbazy... trochę się pozmieniało... Z Anią co prawda chodzę do szkoły, do innych klas, ale mamy razem niemiecki... Ale to już nie jest to samo, można powiedzieć, że nasza "przyjaźń" zakończyła się razem z końcem roku, ona być może tego nie przyzna, ale taka jest prawda. To już koniec, rozmawiam z nią na przerwach, ale to wyłącznie koleżanka, z dawnych czasów. Nawet za nią nie tęsknię. To samo z Zosią... Kiedy to ja z nią ostatni raz miałam kontakt? Ach tak parę dni temu napisałam jej życzenia na fejsowej tablicy... Jak zupełnie obcej osobie. Od wakacji widziałam ją dwa razy, ale zupełnie mnie olała, widocznie tak miało być, nie ma co płakać :) Za to z Malwą trzymam czynny kontakt i mam nadzieję, że tak pozostanie. Uwielbiam ją, jest taka inna niż wszystkie moje koleżanki. Dziewczyna wyrwana z dziecięcej bajki; ładny, duży dom, zgodni rodzice, wszystkiego pod dostatkiem, idealna, przykładna, katolicka rodzinka- z dwoma wielkimi autami. Mogłaby być jedną z tych lanserek, które chodzą po centrach handlowych z wypchanymi siatkami River Island i Stradivarius, a tym czasem ona jest zupełnie inna. Skromna, ułożona- kochana. Do rany przyłóż. No i oczywiście jeszcze Martyna! To skubana cholera, jak ja ją uwielbiam! 9 lat! 9 lat i nadal razem, oby tak dalej, bez niej chyba nie dałabym rady. To poczucie, że w razie jakichkolwiek problemów mogę do niej pójść, wyryczeć się, że zbluzga mnie jak zrobię coś źle, ale pocieszy, kiedy ktoś mnie skrzywdzi, że zawsze powie co na prawdę myśli, nie zważając na to czy mi się to spodoba... I vice versa...

Tak sobie myślę, że... kurczę jestem cholerną szczęściarą! Mam na prawdę niezłą obstawę... Cztery fantastyczne kumpele, na których mogę polegać... Można mi zazdrościć :d
14.10.2011 o godz. 22:05

Kurwa!!! Mam dość!
Tagi: kurwa
14.08.2011 o godz. 01:38
Oglądałam dziś film- znowu.
Był taki... magiczny, taki, taki...
Pełen marzeń, baśni i dziecinnego spojrzenia na świat, ufności, nadziei, strachu, odwagi skrytej na dnie sera, cierpienia, pomocy i wielu innych cudownych i wzruszających uczuć. Przypomniał mi o tej wrażliwej części mojej osobowości, o tej właśnie małej Hammie wierzącej we wróżki, syrenki i elfy. Przypomniał, że mimo wszystko, mimo że nie jestem już małą dziewczynką nadal gdzieś tam głęboko, głęboko w środku chciałabym wierzyć w baśnie. Wierzyć i być pewna, pewna w 100%, że to istnieje nie powtarzając sobie przy tym- nie bądź śmieszna. A jeszcze tak niedawno wierzyłam... i to było piękne.
Dlatego nie chcę dorastać, nie chcę być dorosła... to znaczy owszem czasami chcę, ale... To takie głupie. Dzieciństwo to najpiękniejszy okres w życiu każdego człowieka. Wkurwiają mnie rodzice, którzy o tym zapominają i nie pozwalają dzieciom doświadczyć magii, magii bycia dzieckiem. Bo dzieci mają prawo marzyć, ba! Mają obowiązek marzyć!
Chciałabym poznać kogoś kto tak naturalnie, tak naiwnie wierzyłby w baśnie. Ale nie udawał, że sam jest nimfą wodną czy kimś tam. Kogoś wiarygodnego, kogoś kto żyłby baśniami, ale tak wewnętrznie żył. To bez sensu... rozmarzyłam się- przepraszam.

Chodzi o to, że oglądałam dziś "Kobietę w błękitnej wodzie". Mam gdzieś jak ten film został oceniony przez świat. Ja go pokochałam, bo był naiwny, z przekonaniem mówił o prawdziwości bajek. Ale przy tym nie pokazywał zmutowanego komputerowo świata wyśnionego. Całą tą magię pozwolił nam samy sobie wyobrazić- każdy widział co innego i to było piękne. Co z tego, że reżyser dostał za to Złotą Malinę. Dla mnie mógłby dostać nawet sto! Ja i tak ten film pokochałam i będę kochać jeszcze długo, długo.
Przypomniało mi się jak kiedyś wyobrażałam sobie, że jestem małą wróżką... To takie głupie z perspektywy czasu. Leżałam na kanapie i marzyłam... całymi godzinami. Wyobrażałam sobie, że jestem taka mała, że całą rodziną mieszkamy w drzewie, wielkim dębie. co jesień robiliśmy zapasy na zimę. Potem składowaliśmy to w korzeniach naszego drzewa i starczało nam na cały chłodny okres. Byliśmy tak wrażliwi, że w czasie zimy nie było nawet szans na wyjście z "domu", bo zamarzli byśmy. Wiecie co w tych opowieściach dawało mi największe poczucie bezpieczeństwa? Zawsze wymyślałam, że mojemu światu- mówiąc mój świat mam na myśli, otoczenie, w którym się obracam; rodzinę, przyjaciół, społeczeństwo, w którym żyję- grozi niebezpieczeństwo; powódź, wyjątkowo sroga zima, wojna. Zawsze wtedy zbieraliśmy (ja i moja rodzina) naszych najważniejszych przyjaciół i zaszywaliśmy się gdzieś, gdzie nikt nie mógł nas skrzywdzić. Za naszą kryjówką jakieś straszne coś siało spustoszenie wśród ludzi, ludków, wróżek itd, ale my byliśmy bezpieczni. Czasami ktoś się narażał, ale zawsze wychodził z tego cało. Wyobrażałam sobie, że dzieci codziennie zbierały się przy fotelu, na którym siedziała babcia i słuchali opowieści z przeszłości... To były takie cudowne wizje. Wiecie zauważyłam, że moje zmyślone historyjki bardzo się zmieniły. Kiedyś mutowałam świat w jakim żyję, wymyślałam sobie rodzeństwo, zmieniałam charakter rodziców. Teraz... nadal marzę, nadal wymyślam, ale już nie teraźniejszość, a przyszłość. I nie jestem już baśniową postacią. Idę na studia, poznaję miłość swojego życia, mam rodzinę- swoją rodzinę- robię karierę... To takie głupie! Aż wstyd się przyznać. Wiecie... chciałabym kogoś wpuścić do swojej głowy... Ale nie mama nikogo takiego...Teraz przed Wami odchylam trochę rąbek mojej tajemnicy. Głupi pomysł... od razu w internecie, ale niech tam.
Wiecie chciałabym marzyć tak jak kiedyś... śnić własną baśń, bez codziennych, stosunkowo realistycznych problemów... Ale chyba już nie potrafię... Dlatego ten film, tak do mnie przemówił. Obudził coś, co od dawna już nie błądziło w mojej głowie. I ta melodia...

25.07.2011 o godz. 14:15
Wróciłam z wakacji...
Akurat w tej chwili w moim domu leją się łzy, ale już było dobrze... Moja rodzinna atmosfera jest zmienna jak pogoda, czasem słońce, czasem deszcz- jak w filmie normalnie.

Zacznijmy od mniej przyjemnych rzeczy, bo w tej chwili rozrywają mi one głowę.

(I)
Mój brat to rozpieszczony, rozlelany bachor, który na KAŻDE piśnięcie dostaje to co chce. Nie dostanie czego chce; ryczy! Po paru chwilach mamusia, tatuś, babunia lecą na jak na skrzydłach by spełnić jego zachciankę. A to wszystko przez ten pieprzony rozwód! Gdyby nie on nie byłoby tak. Zero zasad, zero czegokolwiek. Domyślcie się dlaczego. Mała podpowiedź sąd i dowody. Nie będę tego tłumaczyć, kto zrozumiał, ten zrozumiał, reszta... przykro mi.

(II)
Mój stary jak co roku wyjechał na całe wakacje do Anglii (uczy tam w szkółce letniej angielskiego). W sumie jest tam już od miesiąca. Bez niego w domu jest taki totalny spokój. Wolałabym żeby nie wracał, bo razem z nim nadciągają kłótnie, łzy i psychiczne wycieńczenie. Poza tym jego powrót grozi nam (mi i mamie) walką jakiej żadna z nas jeszcze nigdy nie stoczyła. Chciałabym Wam opowiedzieć o co tak dokładnie chodzi, ale... chyba na razie nie powinnam. Jak tylko dziś wracając z Kołobrzegu, zobaczyłam mury mojego bloku z daleka, coś mnie w żołądku ścisnęło. Boję się, strasznie się boję, drżę na samą myśl jego powrotu. Dlaczego wszystko nie może być takie proste? Takie... jak z opowieści z happy endem... No do cholery dlaczego?!

(III)
Ostatnie dni spędziliśmy z mamą i moim bratem w Kołobrzegu... Było fantastycznie! Pojechaliśmy do SPA!!! Mój pierwszy raz w takim cud-miód miejscu. Strasznie mi się podobało, co prawda pogoda nie dopisała, ale co tam! Opaliłam się, wyglądam już chyba jak Murzynka... ;d
Wszyscy brali mnie za matkę Młodego -.- jaka porażka. Moja mama może i jest blondynką o delikatnych rysach, ale czy na prawdę wygląda tak młodo, że biorą ją za moją koleżankę? Albo raczej... czy ja wyglądam AŻ tak staro? Powinnam być z niej niby dumna, ale... ych! No nie ważne.
Moja mama była taka szprytna by zamówić pokój z trzymiesięcznym wyprzedzeniem, dzięki temu codziennie mieliśmy jeden zabieg za darmo. Zapisałam się na masaż cytrusowy. Prawdę powiedziawszy spodziewałam się, że będą we mnie wcierać cytryny, pomarańcza i grejpfruty, a tym czasem był to tylko balsam o zapachu jakiegoś cytrusa any way- nie do tego zmierzam. Siedzę sobie w poczekalni, szczelnie zawinięta w biały szlafroczek, pod spodem mam tylko różowe gatki i fioletowy stanik (myślę sobie: będzie mnie masować kobieta więc bez różnicy czy do kompletu czy nie)... Z recepcjonistką rozmawia jakiś dwumetrowy koleś w kapciach- sympatyczny- zdaje się, że też z działu "odnowa biologiczna". Przy okazji okazuje się, że zapisałam się na masaż CAŁEGO ciała. Myślę sobie "całe szczęście, że mnie masuje kobitka". Z gabinetu nr 4 czyli tego, gdzie odbyć ma się mój zabieg wychodzi młoda masażystka. Staje naprzeciw mnie i pyta:
- Pani (no tak kolejna mnie wzięła za jakąś trzydziechę) ma teraz masaż gorącymi kamieniami, tak?
- Nie masaż cytrusowy czy coś takiego.
- Aha, to proszę chwilę poczekać, zaraz zajmie się panią KOLEGA (!!!)

Chwilę potem koleś w kapciach spod recepcji, prowadził mnie do gabinetu nr 5. Ale słuchajcie jakie jaja. Wchodzę do tego pokoju (zajebiście tam pachniało gorącą czekoladą <3) i facet wskazuje na fotel mówi mi, że tam leży ręcznik, że tym mam się przykryć, że mam się rozebrać do bielizny, a szlafrok powiesić tam i patrzy na mnie. Ja na niego też, zdaje się, że minę miałam jakbym go nie zrozumiała, bo powtarza, tym razem wolniej i jeszcze wyraźniej:
- Proszę się położyć na ręczniku, tym ręcznikiem proszę się okryć.
- No okej. (Ja to zawsze wtedy, kiedy AKURAT trzeba jestem taaaaka wygadana)
W końcu wyszedł (alleluja!). Ściągam szlafrok, wieszam go i szybka kontrola czy się ogoliłam wszędzie tam gdzie trzeba. No powiedzmy, może być, ale pojawia się kolejny problem. Łóżko, fotel jak zwał tak zwał, ma poduszkę. To znaczy... Na pierwszym masażu było tak, że zamiast lej poduszki miałam dziurę, w którą miałam wsadzić twarz. Zastanawiam się, czy mam się położyć na brzuchu czy na plecach. Decyduję się, że na brzuchu, no bo bez przesady! Ledwo zdążyłam się ułożyć, a facet (Kamil) wraca.
- Ale proszę się ułożyć na plecach. (!!!)
Szybki manewr, żeby nic nie było widać. Na szczęście gatki i cyckonosz miałam. Zaczyna się. Odsłania mi jedną nogę aż do uda- no nie powiem przyjemne. Zamknęłam oczy, zapomniałam nawet na chwilkę, że to facet, dopóki jego ręce nie powędrowały w górę- ale to jego praca- masaż całego ciała, to masaż całego ciała. Potem szybki przewrót na brzuch. Słuchajcie zanim się zorientowałam miałam już rozpięty stanik- niezły... wszyscy mówią, że faceci mają problem ze ściągnięciem tej części bielizny- Kalim (;D) najwidoczniej był już wyćwiczony. Co do samego masażu... BOSKO! Jakie on miał delikatne dłonie... Jeeeej...
Może wyszłam teraz na jakąś cnotkę, boję się masażysty, ale... ja nigdy no... wiecie nic z tych rzeczy, ani wgl... i poza tym stale mi się wydaje, że wszędzie mam za dużo i wolałabym, żeby chwilowo, ŻADEN facet, nawet masażysta mnie nie oglądał bez spodenek i bluzki (strój kąpielowy się nie liczy), albo przynajmniej nie dotykał- nie tak dotykał- ale fajnie było ;d poszłabym raz jeszcze.

Hym... to chyba tyle chwilowo. Ciekawe czy ktoś doczyta do końca... ;d

Pozdrowienia z... domu :)
Tagi: Kołobrzeg
23.07.2011 o godz. 21:53
Wiecie... dzisiaj, a właściwie już wczoraj... były moje urodziny. No może nie zupełnie moje, bo ja swoje obchodzę 6 grudnia, ale mojego bloga... Dokładnie rok temu, będąc w ów czas w Stanach wpadłam na pomysł założenia bloga. Wtedy nie sądziłam, że przetrwa on tak długo. Prawdę powiedziawszy, już kilkakrotnie chciałam go usunąć, nadal mam duże braki w pisaniu, ale jakby nie patrzeć... Nadal tu jest, funkcjonuje i ktoś od czasu do czasu go czyta. Dzięki niemu poznałam masę fantastycznych osób... Kurczę... to już na prawdę rok! Na pewno nie skłamię jeśli napiszę, że w jakimś sensie pomógł mi znaleźć siebie. Może nie zupełnie, bo nadal szukam SWOJEJ drogi, ale jednak... Wiem przynajmniej, że nie chcę być taka jak wszyscy, że stać mnie na odrobinę oryginalności... nie wiem dokładnie jak to zrobił, ale jakoś na mnie wpłynął.

Taaaak długo nie pisałam... Jakoś nie miałam weny... Tyle się działo w międzyczasie, ale nie miałam siły pisać. Psychicznie nie dałam rady czegoś z siebie wypluć, dlatego sobie odpuściłam. Nic na przymus, nie o to w końcu chodzi... Rzecz w tym, że nadal nie wiem co mogłabym napisać, dlatego...
Żegnam Was dziś... życząc przy okazji miłego dnia i lepszego humoru niż ja.

Niech blog świętuje toż to jego roczek!!! :*

PS
Wiecie, chyba na część z tych pytań udało mi się znaleźć odpowiedź... A przynajmniej; tymczasową, zaspakajającą moją ciekawość i niecierpliwość odpowiedź-----> http://hamma.bloblo.pl/pokaz/102900,jeden-wielki-znak-zapytania (Moja pierwsza notka, nie zbyt zgrabna, ale pierwsza!)
urodziny2010.gif
10.07.2011 o godz. 01:08
Jak tylko wakacje zaczęły się trzy dni temu, ja marnuję czas. Robię to celowo, jako że w ciągu roku szkolnego zawsze coś stało na przeszkodzie, jak nie nauka to wyrzuty sumienia. Chodzę spać, gdy na dworze się rozjaśnia, wstaję grubo przed południem. Przez cały czas oglądam filmy. Na chwilę robię sobie tylko przerwę, żeby się umyć i uwierzyć, że jestem ładniejsza niż widzę się w swojej głowie. Spoglądając z boku ktoś mógłby uznać, że mam depresję, ale nie jest tak. Przy całej tej melancholijnej atmosferze czuję się fantastycznie; nic nie robiąc i zanurzając się w cudzej fantazji, obrobionej i na tacy przygotowanej do wchłaniana, bez potrzeby przetwarzania przez własną wyobraźnię. Film to pułapka dla artystycznej duszy, ale cóż zaryzykuję swoją... w końcu kiedy, jak nie w wakacje?

Prawdopodobnie nie napisałabym, gdybym nie zobaczyła dziś jednego, nieziemsko zastanawiającego filmu. Doszłam do wniosku, że skoro już marnuję czas i narażam swój artyzm na szwank, to niechże ma to jakikolwiek, choćby najmniejszy sens. Postanowiłam obejrzeć wszystkie filmy z udziałem Johnny'ego Deppa, począwszy od tych najstarszych. Zatem "Koszmar z ulicy wiązów" mam już za sobą. Opuściłam kilka erotyków, aż w końcu wpadłam na "Don Juan De Marco"... Moi Drodzy... nie jestem wściekłą fanką Deppa... ale uważam, że jest jednym z lepszych aktorów. Każdy film, choćby największy chłam, potrafi dźwignąć i sprawić by był co najmniej zjadliwy. Dlatego też te wakacje poświęcam jego... jakby to nazwać... TWÓRCZOŚCI?

Wracając do wyżej wymienionego filmu... Jest dość dziwny, spokojny i praktycznie pozbawiony akcji. Można się przy nim znudzić, oj zdecydowanie tak... Chyba, że zrozumie się o co w tej historii chodzi. W połowie filmu byłam gotowa go wyłączyć, ale myślę sobie "nie Hamma nie bądź dupa, wytrwaj do końca" no i dotrwałam. Przez pierwszych kilka chwil, po zakończeniu "seansu" zastanawiałam się, jakie przesłanie miał ten film (wiem, że się powtarzam- wybaczcie). To historia młodego chłopaka... No właśnie i nie wiem co teraz powiedzieć... Cierpiącego na schizofrenię, bardzo zagubionego i samotnego, nieszczęśliwego, a może po prostu szalonego romantyka pogrążonego w świecie własnych fantazji? Przez cały film wraz z lekarzem psychiatrą, widzowie próbują dojść do tego, czy główny i tytułowy bohater Don Juan faktycznie jest chory. Powiem Wam jedno, ja nie wiem... Dla tych co film widzieli... Jest on dość... zakręcony. Nie wiadomo w sumie, co jest prawdą, a co... pół prawdą. Don Juan opowiada dość, nietypową historię, można powiedzieć wręcz niewiarygodną. Bądźmy szczerzy, to co mówił nie miało szans wydarzyć się naprawdę, a bynajmniej nie w XX wieku. Z resztą parę faktów się nie zgadzało, bo niby jak! Pytam JAK dotarł do Nowego Jorku? HĘ? Wgl nie wspominał o tej wyprawie. Z drugiej jednak strony Doña Anna istniała naprawdę, no chyba, że doktorek zbzikował. Dopiero, kiedy filmowe emocje po mnie spłynęły uświadomiłam sobie o co tak NAPRAWDĘ chodziło. To bez znaczenia jaka była prawda... Ja widzę to tak... Ten amerykański dramacik miał nam pokazać, jak głęboko w sobie, chowamy swoje JA, swoją wrażliwość, uczuciowość i fantazję. Nie pozwalamy sobie się ponieść, boimy się odlecieć w świat wyobraźni. Chcemy stać twardo na ziemi, w obawie, że nasze marzenia i pragnienia mogą zabrać nas zbyt daleko od rzeczywistości. Przy okazji pozbawiamy siebie szczęścia. Takiego prawdziwego, czystego, zupełnie naturalnego i bezbronnego szczęścia, dziecinnego i naiwnego, tego, które czasami jest nam bardzo potrzebne. Zapominamy o tym co piękne, ba! Nie widzimy go nawet. Nie potrafimy się skupić na rzeczach pozornie małych, ale tak wielkich zarazem. Ten film to co prawda dość brutalnie ukazane skrajności, w postaci totalnie oderwanego od rzeczywistości, pogrążonego w świecie uczuć i marzeń Don Juana de Marco i zamkniętych, ograniczonych tabletkami psychotropowymi lekarzy psychiatrów. Choć może słowo "pogrążony" w przypadku Don Juana nie jest zbyt trafne, on był raczej otwarty na uczucia i marzenia, zamknięty natomiast na otaczające go zło, monotonię i szarzyznę.

Nie sądzę, żeby którykolwiek z wymienionych wyżej sposobów życia był zdrowy. Powinniśmy potrafić znaleźć środek w tym wszystkim, czasami pozwolić naszym marzeniom unieść nas w powietrze, ale nie zbyt wysoko, jedynie na tyle by widzieć jeszcze w dole grunt.
Polecam ten film, wszystkim tym, którzy... gdzieś się kiedyś zagubili...

25.06.2011 o godz. 21:38
Dziś kupiłam sobie sukienkę na mój bal gimnazjalny... Jest taka śliczna i nawet doszłam do wniosku, że wyglądam szczupło. No, tyle o ile JA mogę szczupłą być. W każdym razie nogi mi odpadają, bo zleciałyśmy z mamą dwie galerie handlowe, przymierzyłam miliard butów; szpilki, balerinki i inne "inki"... A w efekcie i tak żadnych nie kupiłam, bo albo "jak na starą babę" (według mojej mamy), albo były źle wyważone... Krótko mówiąc; jeszcze się taki nie urodził, co by nam dogodził.

Wróciłam do domu, z moją nową zdobyczą. Pochwaliłam się babci, przymierzyłam ją... No i nagle, ni z tego ni z owego w pokoju obok wybuchła wojna. Starzy znów się mordowani, ale co ja w tym czasie robiłam? Z zadowoleniem stwierdziłam, że moją sukienkę można nosić również bez stanika, bo "gorset" czy jak to nazwać, jest tak sprytnie usztywniony. Oglądałam się z każdej strony, zastanawiając się, kiedy wreszcie skończą, bo koniecznie muszę podzielić się tym odkryciem z innymi. Ich kłótnie są mi tak obojętne... Z resztą i tak, jedyną słuszną reakcją będzie nie przejmowanie się tym, bo tak czy srak, będą się kłócić.
***
Dzisiaj oddałam mojej polonistce dwie prace. Dostałam za nie po piątce (yeah!). Oczekiwałam, że wygłosi jakąś recenzję na ich temat, ale niestety... Na moje pytanie "co pani o nich sądzi?" odpowiedziała "idziemy do przodu, nie było błędów ort."...
- A treść, jak w odbiorze?
-Sympatycznie się czyta...
Bardzo dziękuję za fachową opinię. To to sobie pani w TYŁEK może wsadzić, pieprzona polonistka. Żebym nauczycielkę musiała błagać o radę, w sprawie ulepszenia swoich twórczych zapędów?!?! Jak ja jej nie lubię! Ych!

Wiecie, doszłam do wniosku, że czas najwyższy pokazać swoją twarz. Choć w jakiejś tam części. Mam nadzieję, że nie okaże się, że są tu na Blo jacyś moi znajomi... A jeśli tak jednak będzie... No to trudno zdarza się.

P1220759.JPG
03.06.2011 o godz. 22:53
Chciałabym napisać coś nieco bardziej konstruktywnego, ale jakoś nie mam weny. Napiszę tylko...

Nie wiem co to za zastój był z panem W. ale już minął, a ja wznoszę się właśnie ponad horyzont na skrzydłach szczęścia. Jaki on ma uśmiech, jaki głos, jakie oczy! O ustach już nie wspomnę. Mogłabym go tak opisywać w nieskończoność... Jego zajebiste żyły na rekach i przedramionach!!! Ohohoho! Nie muszę chyba tłumaczyć co się stało- prawda? :DDDD

Dziś, a przynajmniej chwilowo nie jestem w stanie napisać nic więcej. Jaram się i niech ten stan utrzyma się jak najdłużej.

Niżej zamieszczam zajawkę "Niezasłanych łóżek", filmu, który uwiódł mnie bez reszty. Nie wiem co mnie w nim tak urzekło, ale musiało to być coś dużego, bo do tej pory się nie otrząsnęłam. Film niby lekki i przyjemny, ale nie; banalny i bezwartościowy. Nieszczególnie znani aktorzy, a produkcja zdecydowanie niekomercyjna. Świetna muzyka, fabuła... Mnie przekonał.



Opowiada o życiu, które napawa mnie strachem, ale za razem pociąga. Samotność i poszukiwanie szczęścia, marzyciele i skrzywdzeni romantycy.
Tagi: Unmade beds
02.06.2011 o godz. 17:46
Czuję się tak strasznie samotna... Rzecz już nawet nie w tym, że nikt mnie nie rozumie... Po prostu nie ma nikogo kto zechciałby mnie wysłuchać i potrafiłby mi pomóc... Mama jest na delegacji, z resztą co za różnica... sama sobie muszę pomóc.

Ludzie lubią sobie komplikować życie... Wiem o tym, ale najgorsze jest to, że mimo tej świadomości nie mam dość siły, albo raczej odwagi by to zmienić. Najchętniej zamknęłabym się w pokoju na tydzień i nikogo nie wpuszczała do środka. Albo lepiej, wynajęłabym domek, gdzieś na jakimś odludziu i tam w spokoju, przesiedziała swojego doła, komunikując się wyłącznie z własnym wnętrzem. Oglądałabym filmy, tańczyła przed lustrem, śpiewała do dezodorantu, podziwiała nową letnią figurę, jaką wreszcie, po długich miesiącach udało mi się wyrobić. Taki tydzień, albo nawet dwa; nicnierobienia i nieczymsięnieprzejmowania.
Staram się żyć tak, żeby potem nie żałować. To znaczy wyznaję zasadę, lepiej coś zrobić i potem żałować, niż nie zrobić nic i żałować podwójnie. To niby powinno mi pomóc żyć lekko i bezpośrednio, bez żadnych zbędnych komplikacji. Tym czasem wszystko się pierdoli...
Wydawało mi się, że z Wojtkiem jesteśmy na takim poziomie znajomości, że bez problemu mogę do niego napisać. Nie jesteśmy przyjaciółmi, ale znamy się. Robił mi zdjęcia, rozmawiał ze mną- no helloł znamy się! Ale jak widać on jest jednak próżnym dupkiem. Napisałam do niego, było miło; życzył mi "miłego wieczorku"... No myślałam, że wszystko okej. Jak kolega koleżance. No przecież z tej całej rozmowy nie dało się w jakikolwiek sposób wywnioskować, że za nim szaleję. Rozmawialiśmy o zajęciach teatralnych, o naszych scenkach! Błagam! Chciałam się jarać tym, że z nim pisałam, a następnie w szkole znów zachowywać się tak jak zawsze. Czyli uśmiechy, machanie "cześć-cześć" tyle- bez żadnych zmian... Chciałam mieć świadomość, że z nim rozmawiałam, że odważyłam się do niego napisać. Das ist alles. Miało być tak jak wcześniej, ale nagle on mnie nie zauważa. No dobra może go początkowo po tej rozmowie unikałam... Może jak szedł to skręcałam szybko, no ale nie wierzę, że on to aż tak zauważył- to facet! A teraz on idzie z naprzeciwka i nawet mnie spojrzeniem nie zaszczyci! Nie narzucałam się, napisałam raz jedyny, rozmawialiśmy o zajęciach teatralnych- no wielkie mi halo! A tu coś takiego! Jakbym mu co najmniej wyznała miłość!!! On chyba na prawdę ma jakieś wybujałe ego! Bo tak owszem podoba mi się, ale nie dałam mu tego w żaden sposób odczuć. Przecież to nie musiało nic znaczyć z mojej strony- no i w sumie nic nie znaczyło. To nie miał być flirt!
Jak to teraz piszę to dochodzi do mnie jaki to jest absurd! Matko jedyna!

Za to Staszek... ten nagle przejrzał na oczy? To znaczy moje koleżanki twierdzą, że...
Ugh! Mam 16 lat, a piszę jak dziewczynka z podstawówki... Widać, że jeszcze nigdy prawdziwego związku nie miałam. Żal mi siebie. Już nic więcej o chłopakach, bo to jest tak idiotyczne, że aż smutne.

Piosenka- room eleven
Tagi: -.-
01.06.2011 o godz. 12:34
Jakiś czas temu na zajęciach tatralnych musiałam opowiedzieć o czymś co mnie ukształtowało. Wydawało mi się, że wszystko to co dotąd przeżyłam jest wystarczającym narzędziem, do ukształtowania mnie. Ale wiecie co? Nie było... A z każdą chwilą dochodzą kolejne problemy... Powiem wam, że ja już nie chcę, żeby los dalej urabiał mój charakter. Albo w sumie, niech zajmie się mną, a tych najmniej winnych czemukolwiek pozostawi w spokoju.

Wierzę w Boga.
Boże... na prawdę w Ciebie wierzę. Staram się. Nie jestem idealna, nie jestem katoliczką z pierwszego zdażenia, ale wiem, że gdzieś tam jesteś. Patrzysz na nas, czuwasz nad nami. Ufam Ci... staram się Tobie ufać, ale... Boże ja nie rozumiem Twojego planu. Zaczynam się zastanawiać jaki masz cel, co chcesz zrobić, do czego dążysz? A może faktycznie pozostawiłeś nam samym sobie, dając nam jedynie przykazania? Może... Przyjmę wszystko, będę narzekać, to fakt, ale pogodzę się z tym, będę silna, tylko daj mi znak, że to na prawdę Twoja wola. I dolej mi nieco nadzieji, bo ciągnę już na rezerwie. Nie rozumiem. Nie rozumiem dlaczego?

Mój Brat... Ma dopiero 4 lata. Zamieńcie z tym dzieckiem 2 zdania, a zrozumiecie, że w ciele małego chłopca siedzi, bardzo dojrzała i jeszcze bardziez zraniona i zawiedziona dusza. To dziekco nie rozumie co się dzieje. On wie wszystko, ale nic z tego nie rozumie. W ten weekend spotkałam się z koleżankami, zabrałam go ze sobą... Zostawiłam go na chwilkę z Karoliną- porozmawiali sobie. Karo dziś przychodzi do mnie i mówi: Wiesz o czym mówił mi twój brat? Opowiadał, że Clement popchnał mamę, opowiadał o policji, o tym, że Clement nie chce płacić itp. i ja go pytam kto to Clement, a on: to mój tata...". Sam z siebie zaczął ten temat. Tak w nim to siedzi, że opowiada to obcym ludziom. A dziś mama mówi mi, że pani przedszkolanka zaprosiła ją na rozmowę. Powiedziała, że mój brat siada, sam z siebie w kącie i patrzy w dal, a w oczach ma łzy. Mówi, że nie reaguje wtedy na nic, na to jak ktoś go woła, mówi do niego... nic. A po tym "transie" jest strasznie agresywny i bije dzieci. Co się tam dzieje w jego główce? Teraz jest na mnie obrażony i mówi, że mnie nie kocha i chce żebym zniknęła. Nic złego mu nie powiedziałam. Wiem, że to co mówi to nie prawda, ale...

Martwię się o siebie... Ja jstem silna, nie miałam takiego dzieciństwa. Mój brat... To wszystko go zniszczy, jeżeli to się szybko nie zmieni...

Wiem, że ta notka bez ładu i składu, ale musiałam dać ujście emocjom.
23.05.2011 o godz. 21:35
Nienawidzę swojej bezsilności... Choć w sumie nie wiem czy można to nazwać bezsilnością. KURWA!
Nikt nie rozumie
Nikogo nie ma
Nikt nie pomaga
Jestem sama
Sama ze sobą
i moim przeraźliwie rozbudowanym światem wewnętrznym
i kurwa gubię się
czuję, że straciłam kontrolę
Ale nadal nikt nie rozumie
Wisze gdzieś między kurwa nawet nie wiem czym
nie potrafie tego ubrac w slowa... przykro mi...
Tagi: ....
12.05.2011 o godz. 21:50

Kurwa chcę umrzeć. Mały skok i po sprawie.
Tagi: ...
12.05.2011 o godz. 20:52
Kocham szkołę Moi Drodzy!!! Nie ma w tym ani grama ironii. Kocham szkołę za to, że zajmuje cały mój wolny czas i uniemożliwia mi pogrążanie się w rozpaczy. Ja oczywiście cały czas się martwię, o to, że: nie dostanę się tam gdzie chcę, że przegapiłam kolejną szansę rozmowy z Wojtkiem, że jestem za gruba... Taka juz moja natura- mój stajl ;p. Ale przynajmniej nie mam doła. Nie! czuję się świetnie (cholera za każdym razem jak tak mówię, z chwili na chwilę czuję się gorzej... Tak więc STOP). Jedyne co mnie trapi to to, że nie zostałam zaproszona na bal... i że nikomu się nie podobam... choć to ostatnie to akurat trochę bujda... Nie będzę rozwijać tematu, bo nie warto...

Zablokowali mi konto na fejsie, bo przejął nad nim kontrolę jakiś paskudny wajrus. Nie mogę się już jarać zdjęciami Wojtka- damn! Miejmy nadzieję, że wyjdzie mi to na zdrowie.

Byłam dziś w sklepie... Szukałam sandałów. Zdałam sobie sprawę z tego, że cholernie trudno będzie mi znaleźć rozmiar 41... Przyzwyczaiłam się, że nie est to jakiś szczególny wyczyn, no bo buty zabudowane (kozaki, kalosze, trampki itd) często w takim rozmiarze są... Poza tym baleriny 41 wyglądają jak kajaki... To samo z sandałkami... Ech do kitu! Poza tym skusiłam się na przymierzenie stroju kąpielowego dwuczęściowego. Wiedziałam, że nie powinnam była tego robić. Poziom zajebistości drastycznie spadł. Czułam się jak dojna krowa. Nie dość, że stanik był za mały, wyglądałam jak gwiazda porno, to jeszcze cycki mi się na boki rozłaziły... a wcale nie mam ich jakoś szczególnie dużych. To jeszcze gatki były takie na półdupka na sznurkach. Nieee... To nie dla mnie, nie na moje afrikans-hip.

Polecam Wam tę sronkę, ja się uśmiałam, niektóre wyjaśnienia są w dechę: Miejski słownik slangu
Tagi: MSL
11.05.2011 o godz. 19:54
Zauważyłam, że kiedy mam za dużo czasu wolnego nachodzi mnie chandra. To przykre, że 15-talka doznaje czegoś podobnego. Zdaje się, że coś jest ze mną nie tak... Nie mniej jednak nie mam ochoty zamieniać sie z nikim ciałami i życiem. Lubię ten swój dziwny żywot.
Ostatnie dwa dni spędziłam (i zamierzam to samo zrobić z kolejnymi 5) na oglądaniu filmów. Znalazłam sobie nowego idola, a mianowicie: Josha Duhamela (czy jak to się tam odmienia) i postanowiłam obejrzeć wszystkie filmy w jakich gra, żeby najarać się za wsze czasy jego zajebistym głosem.
Niestety jego aktorska historia nie jest szczególnie rozbudowana. Wybór nie wielki, ale ostatecznie zdecydowałam się na "The romantics"...właśnie skończyłam go oglądać... Filmweb napisało, że to dramat, komedia i romans... KOMEDIA I ROMANS!!! TO MIAŁ BYĆ ROMANS I KOMEDIA. A to przede wszystkim był dramat i czuję się gorzej niż przedtem. Wyłączając to, że przez 1,5h mogłam się jarać JEGO niskim głosem i tym jak obmacywał Katie Holmes i tą... Annę Pequin, która wygląda jakby miała głęboką depresję i myśli samobójcze. Nie cofam! To fantastyczna aktorka, nasza Irena Sendlerowa... Po prostu taka jest rewelacyjna, że TO POCZUŁAM. Tak poczułam TO... (fragmnt dla tych co oglądali) Poczułam jak ten dupek- Tom złamał serce Laurze, wyrwał je z jej piersi, rozdeptał, opluł i przypiekł w ogniu. Co gorsze to samo zrobił ze swoim. A głupia Lili wmawiała sobie, że jest przez tego debila bezgranicznie kochana- poza tym i tak była nieszczęśliwa. Tak, POCZUŁAM TO!!! Miałam nadzieję, że ktoś w ramach romantycznego zakończenia się zabiję, to już by było bardziej satysfakcjonujące. Aaaaaaale nie kudre! Zamiast tego serwują mi przerwany ślub, burzę i napisy końcowe. Mam ochotę sama sobie podciąć żyły, dla dopełnieia dramatyzmu. Dlatego właśnie nie lubię "ambitnego- oscarowego" kina, bo reżyser, czy tam scenarzysta, czy kto to tam wymyśla; daje mi pole do popisu i mogę sobie sama wymyślić zakończenie. Czuję niedosyt, zrżera mnie od środka. Czuję jak myśli, pomysły na zakończenie, wyżerają mi mózg. Nie chcę ich (tych bohaterów) uśmiercać, ale z drugiej strony, happy-end jest w tym przypadku taki płytki, banalny... Takie niedokończone zakończenia są najgorsze, nie potrafię tego zostawić w spokoju, tak jak jest- film jest NIESKOŃCZONY!- nie wolno nie kończyć swoich prac... Nie uznaje takiego zabiegu artystycznego, jest irytujący, pochłaniający i przytłaczający. Już jako dziecko mnie to męczyło.

Ja chciałam sie wyluzować, a zamiast tego, przede mną nieprzespana noc i rozmyślanie, jak to z nimi będzie. Bo niestety nie potrafię się od tego odizolować. Niby tylko film, ale oni żyją własnym, filmowym życiem... przeceż w każdej chwili można nakręcić drugą część i ja TO czuję!!!
Świetnie! Miałam bująć w obłokach, a tym czasem grzebię gdzieś na dnie swojej duszy w poszukiwaniu... ciekawego rozwoju; historii mojego życia (ten temat rozwinę później)... No baaaardzo dziękuję! Ogólnie film dobry i polecam, ale nie na mój obecny stan psychiczny.

Dziś bez puenty... ale za to: karaluchy pod poduchy. :D



PS
Dla tych co widzieli film... Ta scena wieczorem, kiedy Tom i Laura rozmawiają pod drzewem... Było w niej coś co do mnie przemawia. To było tak jakby jedno chciało sprowokować drugie by poprosiło o wspólną drogę życia, albo wyznało szczerą, pełną piekielnego żaru nienawiść, tak bolesną i okrutną, że miłość, którą siebie darzyli, weszłaby im w pięty. Ale żadno nie chciało tego wziąć na siebie, bo to zbyt poważna decyzja... To takie prawdziwe, takie ludzkie... To boli, to mnie boli, bo uświadamiam sobie jak bardzo utrudniamy sobie życie. Amen
Tagi: Josh Duhamel
03.05.2011 o godz. 23:22
Mój humor o dziwo w nieco lepszym stanie, a wszystko to dzięki pewnej bloblowiczce. A właściwie dzięki jej notce i piosence w niej zamieszczonej. Nie wiem co było w tym takiego wyjątkowego, ale pomogło mi to.

Standardowo dodam, że moje sprawozdanie NADAL nie gotowe i licze się z tym, że wylecę z "redakcji", ale wiecie co? WISI mi już to.

Całodniowe oglądanie filmów, pozwoliło mi przenieść się w stan błogiego ukojenia nerwów. Delektowałam się pomysłami innych, zapominając o swoich zmartwieniach i troskach. To, że dla chłopaka moich marzeń jestem tylko dzieckiem nie robi mi już teraz większego problemu, tym bardziej, że na ostatniej imprezie zabalował z jakąś koleżanką. Nie pytajcie skąd wiem. W każdym razie otrząsnęłam się z szoku, a bolesne kłucie w sercu ustało. Pozostał jedynie swego rodzaju niepokój, ale na to już niestety nie mam wpływu. Jakto mówią psychologowie, mam kontrolę nad tym co się dzieje i w 50% ponoszę za to odpowiedzialność. Jako, że nie wykonałam jak dotąd, żadnego konkretnego ruchu w stronę Pana "W" nie mam prawa obwiniać go za jego "zdradę". Dalej rzecz rozważając nie ma się czym przejmować. Skoro ja zawiniłam zawsze mogę SPRÓBOWAĆ to jakoś odkręcić... Oj chyba coś się w mojej małej główce pomieszało... Ale to nic, poznałam go już trochę (choć on naturalnie nie ma o tym pojęcia) i przyzwyczaiłam się do jego męsko-damskich stosunków- nic z nich nie wynika, mimoże te panienki mają nadzieję na COŚ. Może się wydawać, że jest wrednym draniem. Mylne wrażenie, w rzeczywistości jest przyjacielem wszystkich pań, a złamane serca, są wyłącznie winą ich wybujałej wyobraźni.

Dobra koniec słodzenia.



Teraz należy zmienić muzykę. Będę mówić jak prawdziwa ja.


Chciałabym być delikatną, subtelną dziewczyną, ale niestety daleko mi do niej. W 80% jestem twardą, wulgarną panną o miękkim sercu. Mogę maczać słowa w miodzie i mleku, ale to nie jest do końca autentyczne. Co do pana "W"... Hym jakby to powiedzieć, w tym roku "zaliczyłam" samych frajerów. Oczywiście nie dosłowie- och marzenia, ja z nimi prawie wcale nie gadałam...
Nie pamiętam już nawet jak nazwałam tego chłopaka z wrzesnia, ale nie waże; był to Stanisław... Niezłe ziółko, ale kompletnie do mnie nie pasował. Odkrył to wcześniej niż ja i pozwolił mi się o tym przekonać trzymając mnie z dala od siebie. Jakoś się z tym uporałam, palił, pił, ostro balangował, nie byłabym mu dobrym kompanem. Jedyne co potrafię na imprezach to tańczyć, nie lubię słaniac się nieprzytomna po parkiecie. To znaczy, nie żebym tego kiedyś doświadczyła, ale z zasady wiem, że to mi się nie spodoba... Może kiedyś zmienię zdanie. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to jest zajebiste uczucie, rzygać nad ranem i przez pół dnia chodzić z ciężką głową... Ale jakoś chwilowo, po postu mnie to nie pociąga.
Kolejny: "Tancerz"... och z niego to dopiero jajcarz! 18-latek z twarzą 8-latka. W mojej głowie niesamowicie dojrzały i odpowiedzialny chłopak, w końcu starszy ode mnie o dwa lata. W rzeczywistości, moje wyobrażenia były niestety nad wyraz wyolbrzymione. Zdaje się, że jestem dojrzalsza od niego. Poza tym nie potrzebuję "Pana Obrażalskiegoobyleco". Musi sobie poszukać baaaardzo wyrozumiałej dziewczyny- ja niestety do takich nie należę.
Lama... O nim zdaje się nie wspominałam na blogu... Lama to pseudonim artystyczny, do którego mam 100% praw autorskich... cóż mogę o nim powiedzieć... Ma jakiś problem, obraża się za każdym razem kiedy go nie zauważę... Przyko mi; bywam rozkojarzona i mam swoje problemy, nie jesteś całym moim światem, choć lubię Cię. Dobra, nie żebym mu się kiedykolwiek zwiarzała, więc w sumie może nie wiedzieć, ale... PALANT i tak...
Aż w końcu Pan "W"... "Cześć jestem Wojtek i kocham wszyyyyystkie dziewczyny. Chętnie się z Wami zaprzyjaźnię. Wiem, że lecicie na moje oczy, usta, och długo by wymieniać. Nic nie mogę na to poradzić, jestem jeden, nie rozerwę się, poza tym... jak to mówią nie dla psa kiełbasa, więc nie liczcie na zbyt wiele.". Nie mówię, że się z tym AŻ TAK obnosi, ale z biegiem czasu dochodzę do wniosku, że faktycznie taki jest...

Wiecie co, nie chce mi się więcej pisać. Mój świeżo poprawiony humor właśnie się zepsuł, tak jak trzydniowa sałatka jajeczna, pozostawiona na stole przez mojego tatę... Powodzenia!
Tagi: brak
03.05.2011 o godz. 00:36
Jak cudownie czasami marnować dzień. Perspektywa, że mam przed sobą kolejnych 7 dni wolnego jest tak odurzająca, że nawet mój "posenny" smród mi nie przeszkadza. Leżę sobie w łóżku, w piżdżamce; nieumyta, nieuczesana, po piątym talerzu ryżu z sosem pomidorowym... W dupie mam, że to sprzyja obrastaniu w tłuszcz... Obejrzałam dwa filmy; moje ukochane "Holiday" i "Plan B". Czuję się wprost fantastycznie. Pomijając fakt, że nie potrafię sobie wyobrazić mojej przyszłości, a raczej zbudować jej w mojej głowie- jak to robię w każdej wolnej chwili, kiedy odizolowuję się od codzienności... To jest swego rodzaju problem, ale co tam. Trochę mi się poplątały priorytety przez te filmy, ale za jakiś czas wszystko wróci do normy.
Wczoraj siedziałam przed telewizorem do 3 nad ranem. Oglądałam serial za serialem na AXN i złamałam swoje święte przyrzeczenie o odwyku. Tak przyznaję się, wgrałam Simsy... Jestem winna... stworzyłam dziwkę. Nawet nie zdajecie sobie sprawy jakie to ekscytujące, mieć sima, który śpi z kim popadnie i jest na skraju bankructwa... Ale tuż przed snem poczułam do siebie obrazę (to chore jarać się wirtualnymi człowieczkami- chyba powinnam skorzystać z pomocy lekarza) i odinstalowałam to świństwo. Piekielny wytwór szatana, tonami pochłaniający czas. Tak, wstyd mi za siebie. Za całość, za to, że ja, prawie dorosła osoba; gram w takie gówna, tworzę takie rzeczy (trzeda być zdrowo pierdolnięty, albo poprostu niewyżytym seksualnie czy coś- po prostu zboczonym- to już nawet nie jest śmieszne!) no i że nie dotrzymałam słowa, że wyjebię tę płytkę w kosmos. Ale zostawmy ten temat.

Moje sprawozdanie nadal nie ruszone, wyjdzie na to, że ominie mnie majowe wydanie "Pepeszy" (jaki beznadziejny tytuł! Jak gazetka dla małych miśliwych, albo jakiś rekrutów)...

Idę leniuchować dalej. Dajcie mi jakieś pomysły na dobry amerykański, albo brytyjski film. Dobry, nie znaczy ambitny i z czterema oskarami na koncie (nawet z jednym, albo nominacją)... Chodzi mi raczej o coś... prostego w przekazie. To mój tydzień odmóżdżania.



SŁODKIE LENISTWO NADCHODZĘ!!!
01.05.2011 o godz. 16:36
Moi Drodzy...

Zakochałam się. Prawdziwie... On jest taki... magiczny, wyjątkowy, zupełnie inny niż reszta. Ambitny, ale nie nudny wręcz przeciwnie... zabawny. Momentami szlony... Nie wiem jak żyłam zanim go zobaczyłam. Teraz... teraz wiem, że będzie dobrze, mimo wszystko... kiedy tylko sobie o nim przypomnę, od razu zapala się we mnie lampka nadzieji. Nie sądziłam, że spodoba mi się kiedyś taki... Byłam przekonana, że to nie w moim stylu. Bo ja lubię bardziej nowoczesny styl. O co chodzi? No oczywiście, że o FILM... :D

Tak zapewne "nieźle się uśmialiście". Wiem, to nie było zabawn -.-. W każdym razie nie chodzi o faceta, nie, nie ma tak dobrze- Hamma się nie zakochuje. Chodzi o "Śniadanie u Tiffany'ego". Jak dotąd nudziły mnie stare filmy, ale ten... ma taką bajeczną atmosferę i choć temat jest w sumie banalny, ogółem ma się na prawdę dobrze i nawet bywa nieprzewidywalny (trochę to nie po polsku, ale walić), w przeciwieństwie do współczesnych produkcji. Oj podobał mi się... Chciałabym przenieść się w tamte czasy.

Byłam dzisiaj na zakupach... Jestem szczęśliwą nabywczynią sukienki i pary kolczyków... znalazłam jeszcze świetne krótkie spodenki, ale doszłam do wniosku, że 100 zł to troche za dużo, zważając na to, że gdzie indziej mogę zapłacić mniej... :P Poza tym chyba godzinę przesiedziałam w Zarze... Kurwica mnie bierze jak widzę te ceny, niewiele co schodzi poniżej 149.90. Ja rozumiem, że niektórzy mają kasę na coś takiego. Boli mnie jedynie to, że mnie nie stać. Moja mama ma ostatnio wnerwa i nie chce inwestować w moje ciuchy... Muszę odpuścić, do dyspozycji mam kasę otrzymaną w pezencie od dziadków. To całkiem sporo, ale na Zarę nie starczy, no chyba, że na jeden i półora ciucha. Nie mogę sie doczekać wyprzedaży.

Dzisiaj mam totalną labę. Mama wybyła z domu na noc... nie, nie jest u faceta. Ma sleeping over u koleżanki. Głupia napisała do dziadków (na prawdę nie wiem w jakim celu), którzy nie wyrazili na to zgody i dzwonili do niej by przywrócić ją do porządku. Uważają, że nie powinna opuszczać domu. Ale przecież ten weekend jest ojca! Niby dlaczego nie miałaby zię trochę rozerwać? Tym bardziej, że ostatnio tyle problemów na nią spadło... Ja "jestem za". Poza tym, ona ma pod czterdziestkę to jakim prawem oni jej rozkazują?! Jej decyzje, jest dorosła ma prawo do czegoś takiego. Spotykac się z jakimś "panem" też jej zabraniaja, nie żeby kogoś miała, ale wgl mówię. To choooore! ALe niech im będzie, mam nadzieję, że mama się już zoriętowała, że może decydować o sobie.


Dziś miałam straszny sen, a mianowicie, że zapiłam mojego Brata. Tak dla jaj dźgnęłam go nożem. Do teraz widzę go klęczącego na kafelkach i trzymającego w tych małych rączkach, nóż wbity w brzuch. Nie wiem dlaczego to mi tak utkwiło w pamięci. Jakaś trauma chyba... jak go teraz widzę to mam ochotę go tylko przytulać. Nie wiem jak mogłam zrobić coś takiego... nawet we śnie. Mój mały. Nie wiem co bym zrobiła, gdyby on...
Dobra koniec! To tylko sen. Jakiś pierdolony koszmar.

Czuję się... samotna. Znowu. Jest ktoś (a to nowina!), ale ten ktoś nie wie, że jest (no co ty Hamma nie powiesz?). Czyli jak zawsze. Chciałabym coś zrobić, ale małe mam pole manewru. Ech szkoda pisać i tak nikt nie ma ochoty tego czytać, wszystkich już zamęczyłam moimi miłosnymi problemami.

Tym właśnie miłym akcentem kończę moją krótką notkę. Dobrej nocy :*

Tagi: wszystko
30.04.2011 o godz. 20:43
Hamma
I mean...
Skąd: Z głowy.
O mnie: Wciąż szukam swojego cienia.
statystyki